plen

Search

Facebook Likebox Slider

Slide background

Koła Zainteresowań

Prace uczniów

Prezentacja wyników projektu stypendystki Karoliny Gacy uczennicy kl. 4 technikum żywienia w ramach projektu - ,,Mazowsze – stypendia dla uczniów szkół zawodowych”.

Prezentacja Natalii Ochyńskiej

 

 

 

Ewa Milczarska - uczennica klasy 4 TK

Opowiadanie "Ocal nas"

Witajcie!

Zapewne w tej oto chwili spytacie "kim jestem?'. No więc odpowiedź jest prosta, a zarazem trudna. Otóż jestem tym, kim jestem. Mogę być każdym i nikim; przyjacielem, wrogiem, tak bliskim jak i nieznajomym.

Nieważne jest jednak kim jestem, a kim byłem. Opowiem wam historię, której prawdopodobnie wcale nie chcielibyście poznać. Moja opowieść może dla was okazać się zbyt dziwna. Nie będę miał wam tego za złe, gdyż sam czasem w nią nie wierzę. Nie pamiętam nawet, kiedy ani gdzie dokładnie się to stało.

Była zimna, deszczowa i wyjątkowo ponura noc. Niepostrzeżenie przemykałem się jedną z wąskich uliczek wielkiego miasta niczym stary kulawy kot, na którego i tak nikt nie zwróciłby najmniejszej uwagi. Zadowolony z siebie wracałem do nory, którą przyszło nazywać moim domem.

Nigdy wcześniej nie byłem dobrym człowiekiem. Od dzieciństwa kradłem i oszukiwałem. Z zewnątrz przypominałem młodego człowieka, choć tak naprawdę w środku byłem potworem zepsutym do szpiku kości. W życiu uczyniłem wiele złego i nigdy tego nie żałowałem....

Wędrując brudnymi ulicami czułem czyjś wzrok na plecach. Wielokrotnie odwracałem się ukradkiem, ale nikogo nie widziałem. Mimo to nie mogłem pozbyć się tego dziwnego uczucia. Mocniej naciągnąłem kaptur na głowę i przyspieszyłem kroku.

Nagle do moich uszu dobiegł hałas przewracanych kubłów na śmieci. Niewiele myśląc, chwyciłem za pistolet, odwracając się na pięcie w stronę, z której usłyszałem rumor. Spomiędzy poprzewracanych kubłów wyskoczył przestraszony czarny kot. Sierściuch uciekał tak szybko, aż mało co nóg nie pogubił. Śmiejąc się z własnej głupoty schowałem broń. "Jak mogłem przestraszyć się pchlarza" - pomyślałem wycierając zmoknięty nos o rękaw.

Kiedy się odwróciłem, ujrzałem ostatnią rzecz, której mogłem się spodziewać w tym zatęchłym miejscu. Zaledwie kilka kroków dalej stała mała, chuda dziewczynka o krzywych nogach. Muszę przyznać, iż tak brzydkiego dziecka to jeszcze nie widziałem.

- Co tu robisz mała smarkulo? - spytałem podchodząc.

Mówiłem bardzo powoli i przyjaznym tonem żeby jej nie wystraszyć. Nie chciałem jej zrobić krzywdy, jak na razie....

Mała bardzo powoli podniosła głowę, patrząc na mnie wzrokiem seryjnego mordercy. Nie ukrywam, że zdziwiła mnie taka postawa, zwłaszcza u dziecka. Ile ona mogła mieć lat? Siedem? Góra osiem. Aż ciarki przeszły mi po plecach. Uśmiech szybko zniknął z mojej twarzy.

Po kilku sekundach otrząsnąłem się. Ona wciąż stała w bezruchu. W niej było coś nie tak. Ponad to nie miałem czasu ani chęci na użeranie się z bachorem. Jeszcze tego mi brakowało.

Nic nie mówiąc, ruszyłem przed siebie. Przechodząc obok dziewczynki, poczułem lekkie szarpnięcie za ubranie. Natychmiast się odwróciłem. Mała trzymała mnie za kurtkę, nawet nie odwracając głowy. Niewielkim szarpnięciem wyrwałem się jej. Ona jakby nigdy nic powoli odwróciła się w moją stronę. Przymrużywszy oczy, ruszyłem w swoją stronę. Jeszcze kilkakrotnie odwracałem się za siebie. Dziwaczna dziewczynka wciąż stała nie poruszając się i moknąc w lodowatym deszczu. Jej wątłe ciałko nawet nie zadrżało z zimna. To było co najmniej dziwne.

Mijały kolejne dni, a ja widywałem ją nieustannie. Pewnego razu zdawało mi się, że ujrzałem jej odbicie lustrzane w domu, który właśnie okradałem. Kiedy się odwróciłem oczywiście nikogo nie było. Z czasem zacząłem przypuszczać, że to od prochów zaczyna mi odbijać. Jednak z drugiej strony ona była tak realistyczna. Jedyną rzeczą, jaka odciągała mnie od myślenia o niej to moja praca. O ile pracę można nazwać wszystko co nielegalne.

Pewnego dnia kiedy postanowiłem skorzystać z komunikacji miejskiej, stało się coś, co sprawiło, że już chyba nigdy nie wsiądę do żadnego autobusu, pociągu czy też metra. Właśnie biegłem na przystanek. Kiedy już miałem wsiąść, ktoś pociągnął mnie do tyłu. Zachwiałem się i cofnąłem o krok. W tym samym momencie drzwi zamknęły się, a autobus odjechał. Porządnie zdenerwowany gwałtownie odwróciłem się do tyłu. Miałem ochotę przywalić prosto w zęby temu, przez kogo nie zdążyłem. Jednak kiedy tylko zobaczyłem owego winowajcę, ochota na bicie odeszła tak szybko jak i przyszła. To znów była ona. Dopiero teraz zauważyłem jak bardzo miała chude ramiona i podkrążone bladoniebieskie oczy, zupełnie jak moje. Kolor jej włosów łudząco przypominał mój własny.

Niezręczną ciszę przerwał nagły pisk opon, przerażający grzmot uderzenia, brzęk tłuczonego szkła i na końcu rozpaczliwe jęki ludzi. Natychmiast się odwróciłem, a moje serce stanęło. W bok autobusu wbił się samochód osobowy. W tamtej chwili nie potrafiłem nawet powiedzieć jakiej był marki. Po prostu złożył się jak harmonijka.

Dopiero po kilku naprawdę długich chwilach przyszła ta myśl: "Ona mnie uratowała". Minęły kolejne sekundy, zanim zdecydowałem się ponownie spojrzeć w jej małe oczy. Ona wciąż stała w bezruchu, trzymając mnie za kurtkę. Była taka smutna.

Niewiele myśląc wziąłem ją na ręce i postawiłem na murku za przystankiem. Dziewczynka spuściła wzrok na ziemię. Delikatnie złapałem ją za ramiona.

- Kim ty do cholery jesteś dziecko?

Mała przeniosła wzrok na mnie, wbijając go niczym nóż.

- A ty? - cicho odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Jej głosik drżał nieustannie tak jakby miała się za chwile rozpłakać lecz jej oczy wciąż miały ten sam, martwy i przerażający wyraz.

Jak to się mówi, ,,ręce mi opadły''. Co to w ogóle za odpowiedź, zwłaszcza wypowiedziana z ust małego dziecka. Zdenerwowany zakląłem cicho pod nosem.

- Gdzie są twoi rodzice?

- A twoi?

- Na cmentarzu.

- W niebie.

Pokręciłem głową, nie wiedząc co robić. "I na co mi to przyszło?".

- Ok mała - wziąłem głęboki wdech i wydech. - Czego ode mnie chcesz?

- Pomocy.

W odpowiedzi uśmiechnąłem się ironicznie.

- Daj spokój - rzuciłem odchodząc.

Niestety ta mała flądra okazała się być bardziej uparta niż można by sądzić. Szła za mną przez cały czas. Kiedy opędzanie się i wyganianie jej nic nie dało, starałem się ją ignorować. Jednak świadomość, iż śledzi mnie dzieciak była nie do zniesienia. W końcu skręcając w jedną z bocznych uliczek, udało mi się ją zgubić.

Następnie udałem się do galerii handlowej. Tam zawsze można trafić na łatwy łup. Zabiegane panienki z torbami pełnymi zakupów praktycznie nigdy nie orientują się, kiedy ginie im portfel. Z telefonami bywa różnie.

Przed wejściem do najdroższego ze sklepów w całym gmachu zaczepiła mnie młoda dziewczyna.

"Galerianka" - pomyślałem. - "Żeby chociaż była ładna".

- Hej, jak kupisz mi....- zaczęła z głupawym uśmieszkiem.

- Tak, tak znam ten tekst.

Dziewczyna w idiotyczny sposób zachichotała.

- No więc...

- Tato to kupisz mi tą lalkę? - odezwał się trzeci głosik.

Jakieś małe, zimne dłonie złapały mnie za rękę. Stanąłem jak wryty. To znowu była ta mała! Widząc dziewczynkę, galerianka odeszła, mrucząc coś pod nosem. Nie wiedziałem co się dzieje. Miałem dość tego wścibskiego bachora.

- Czego? - warknąłem przez zęby.

- Nie chcesz iść z tą panią - mruknęła.

Zacisnąłem pięści, z trudem powstrzymując się od uderzenia małej.

- Dobrze wiesz, że nie o to pytam.

- Pomóż mi. Proszę.

Jej słowa brzmiały tak żałośnie. Wtedy nie myślałem nad ty, co mówiłem.

- Jeżeli ci pomogę, zostawisz mnie w spokoju?

- Tak - przytaknęła, kiwając głową.

Cóż miałem robić. Nie pomyślałem, aby zabrać ją i zostawić na policji czy w domu dziecka. Nie. Po prostu zabrałem ją do siebie.

Jeszcze tego samego wieczoru miałem do załatwienia kilka naprawdę ważnych spraw. Oczywiste było, że nie mogłem zabrać tej małej ze sobą. Wniosek - musiała na mnie poczekać.

- Muszę gdzieś wyjść. Wrócę późno, więc siedź tu cicho, a jak będziesz głodna to weź co chcesz, ale poza jedzeniem niczego nie dotykaj - powiedziałem, otwierając lodówkę.

Dziewczynka ciekawsko zajrzała do środka.

- Ale czy to na pewno jedzenie? Tam się chyba coś rusza - marudziła. - Niedługo to coś wypełznie do nas i zacznie się na nas gapić a do ciebie powie "mamo" - dodała, głęboko wierząc we własne słowa.

Wzruszywszy ramionami, zamknąłem lodówkę, po czym wyszedłem. Wtedy ogarnęło mnie dziwne uczucie. Jakby ktoś już kiedyś tak powiedział. Nagle mnie olśniło. Tak zawsze mawiała moja już nieżyjąca matka, kiedy zostawiałem kanapki, których nie zjadłem w szkole.

Wróciłem dopiero koło trzeciej nad ranem. Ta noc była zdecydowanie udana, jednak targały mną przeróżne myśli. Miałem nadzieję, iż towar, który właśnie niosłem był tak dobry, jak mówił mi kumpel. Już nie mogłem się doczekać, aż go wypróbuję. To głupie, ale cieszyłem się wtedy jak dziecko.

Kiedy tylko wszedłem do mieszkania, pierwsze co zobaczyłem to była ta mała. Siedziała w bezruchu na rozwalonej kanapie.

- Dlaczego jeszcze nie śpisz? - rzuciłem od niechcenia.

- Miałam zły sen - westchnęła.

- Doprawdy - ironicznie udawałem zainteresowanie.

- Tak. Czy mogę spać z tobą?

- Zapomnij!

Definitywnie kończąc rozmowę, udałem się do łazienki. Ta mała zaraza oczywiście poczłapała za mną. Nie miałem zamiaru kryć się z tym, co robię. Kiedy naszykowałem już igłę i strzykawkę, podwinąłem rękaw. Krzywiąc się z bólu, odwinąłem bandaż. To fakt, moja ręka nie wyglądała zbyt dobrze. W zgięciu łokcia była sina i bolała jak diabli. Widząc to, dziewczynka zrobiła wielkie oczy, dziwiąc się. Kurczowo trzymając za futrynę drzwi, nie śmiała wejść dalej.

- Czy to cię boli? - wyszeptała.

Wtedy spojrzałem na nią pytająco.

- Nie chcę, aby cię bolało - jęknęła.

Jej oczy zaszkliły się od łez. Z trudem powstrzymując się od płaczu, podbiegła do mnie.

- Słyszysz, nie chcę! - rozpłakała się, usiłując mnie przytulić.

Nie zareagowałem. Przez kilka minut siedziałem, obserwując jej lamenty. Nie mogłem tego zrozumieć. Nie umiałem pojąć jak to jest, że zupełnie obca osoba przejmuje się właśnie mną. To było coś nowego. Nie mogłem dalej tego ciągnąć. Delikatnie odsunąłem ją od siebie, po czym zamknąłem w łazience. Dziewczynka dostała nieuzasadnionej histerii. Płakała, krzyczała i uderzała pięściami w drzwi.

Kompletnie nie znałem się na dzieciach. Usiadłem więc pod drzwiami, słuchając jej wrzasków. Krzyczała tak jakieś dwie godziny. Kiedy skończyła, otworzyłem drzwi. Mała spała skulona na podłodze. Wtedy zrozumiałem, że musi odejść jak najszybciej. Póki co zaniosłem ją na kanapę i usiadłem obok na podłodze.

Obudziłem się dopiero około południa następnego dnia. Ze zdziwieniem spostrzegłem, iż mała siedzi na moich kolanach, mocno przytulona. Cóż, dzieci bywają takie dziwne i nieprzewidywalne. Ale dość tego! Jednym szturchnięciem obudziłem dziewczynkę. Mała niechętnie przeciągnęła się, ziewając.

- Koniec, wracasz tam, skąd przyszłaś - stanowczo postanowiłem.

Dziewczynka z pretensjonalnym wyrazem twarzy przecząco pokręciła głową. Błyskawicznie poderwała się na równe nogi, po czym popędziła do łazienki, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Zmęczony jej obecnością powoli podążyłem jej śladem. Stanąwszy przy wejściu, zapukałem.

- Idź sobie.

- Mała, nie wygłupiaj się.

- Jak mnie nie chcesz, to kup sobie królika!

Nie mogłem już wytrzymać. Jak jedno, małe dziecko może być aż tak nieznośne?

- Skończ już z tym i wyjdź.

- A z tym królikiem to się dogadacie, bo będzie śmierdział tak samo jak i ty!

Biorąc głęboki wdech, przygotowała się na małą szarpaninę z drzwiami. Jednak kiedy pociągnęła za klamkę, one bez problemu otworzyły się. Nawet nie były zamknięte.

Dziewczynka siedziała na samej krawędzi wanny, patrząc na mnie wzrokiem jakbym odebrał jej ulubioną lalkę. Trwaliśmy w tym bezruchu przez kolejne kilka minut. W tej chwili nie było nic. Cisza. Pustka? Podszedłem do dziewczynki, po czym usiadłem obok.

- Gdzie jest twój dom?

Mała spuściła wzrok na ziemię.

- Nie wiem - jęknęła.

Pozostały mi dwa wyjścia, mianowicie: zaprowadzić ją na policję lub oddać do domu dziecka. Pierwszy pomysł odpadł z oczywistych względów.

- Kim ty w ogóle jesteś? - zapytałem po raz wtóry.

Dziewczynka spojrzała mi w oczy.

- A ty?

Mimo licznych oporów smarkuli wyprowadziłem ją z domu. Nie potrafiłem zostawić jej samej na blokowiskach. Postanowiłem więc odprowadzić ją do najbliższego domu dziecka. Przez całą drogę milczeliśmy. Dziewczynka ani na chwilę nie puszczała mojej ręki. Trzymała się tak mocno, aż swoimi paznokietkami poprzebijała mi skórę.

- Hej ty! - zawołał jakiś facet.

"O nie!".

Odwróciłem się i zobaczyłem pięciu.

"Tylko nie oni".

- Nie wiedziałem, że przerzuciłeś się na dzieci - kontynuował.

Mała zachłysnęła się powietrzem, łapiąc mnie za nogę. Spojrzałem na nich i zobaczyłem jeden wielki strach.

- Nie wasza sprawa! - rzuciłem.

Faceci podeszli bliżej. To nie mogło się dobrze skończyć.

- No za piękna to ona nie jest, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

W odpowiedzi wzruszyłem ramionami.

- Oddaj ją i nie wracajmy do tego.

- A jeśli jej nie oddam - próbowałem się postawić, choć to było najgorsze co mogłem zrobić.

- To wpierdol! - zaśmiał się.

Zacisnąłem pięści, starając się nie robić nic głupiego.

- Jednak zaryzykuję.

Parę sekund później nastąpiła najbardziej żenująca chwila w moim życiu. Oczywiście nie miałem z nimi szans. Pobili mnie i skopali. Najgorsza jest jednak to, że ta mała wszystko widziała. Patrzyła jak spuszczają mi łomot, a przy tym płakała w niebogłosy. Później dostałem czymś twardym w głowę i stała się ciemność.

Dalej nic nie pamiętam.

- Słyszysz mnie? Czy mnie słyszysz?

Obudził mnie głos, który dopiero z czasem zespolił się w jeden konkretny ton. Kiedy udało mi się rozlepić powieki, do moich oczu wdarło się ostre, biało światło. Minęło trochę czasu, zanim zorientowałem się, gdzie jestem. Lecz po krótkim namyśle stwierdziłem, iż zdecydowanie wolałbym pozostać w tej słodkiej niewiedzy. Z początku myślałem, że umarłem, jednak kłujący ból żeber przy oddychaniu sprowadził mnie wnet na ziemię. Na łóżku szpitalnym obok mnie siedziała moja mała dziewczynka z dłońmi splecionymi jak do modlitwy. Jej spojrzenie przepełnione było mieszanymi uczuciami. W tych małych oczętach widziałem wiele, ale przede wszystkim ból, przerażenie i... Nie jestem pewien, lecz przypuszczam, że była to nadzieja.

Nie miałem zielonego pojęcia, skąd wziąłem się w szpitalu. To wszystko po prostu mnie przerosło.

- Widzisz, jednak umiesz być dobry - zaczęła dziewczynka.

Mimo woli popatrzyłem na nią, po czym zaniechałem jakiejkolwiek odpowiedzi.

- Nie martw się, oni dostaną za swoje. Obiecuję.

Leżąc w całkowitym bezruchu i wpatrując się w sufit, doszedłem do pewnego wniosku. Obok mnie siedziała osóbka o tak silnie wykształconej empatii, że aż czuła mój ból, a ja nawet nie znałem jej imienia. Przecież przez ten cały czas nazywałem ją po prostu dziewczynką.

- Mała - westchnąłem. - Kim ty właściwie jesteś?

Dziewczynka bez słowa zeskoczyła z łóżka, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku. Podeszła do mnie, wpatrując się prosto w moje oczy ze śmiertelną powagą. Po chwili zamknęła powieki.

- Ja jestem - otworzyła oczy. - Twoją duszą.

"Co?".

Ta odpowiedź zszokowała mnie. Nie wiedziałem co i jak, ale... Nie potrafiłem zaprzeczyć. Jej odpowiedź zaintrygowała mnie. To spojrzenie, te słowa. Pozostało mi więc powiedzieć:

- Skoro jesteś moją duszą, dlaczego wyglądasz jak mała dziewczynka?

Wtedy nie wiedziałem nawet, o co tak właściwie pytam. Dziewczynka złapała za pierwszy guzik swojej sukienki.

- Mogłabym wyglądać jak wyglądać powinnam, ale do ciebie bardziej niż szkaradność przemawia tylko twoja bezradność - zaczęła rozpinać swoją sukienkę. - Jeśli chcesz, to pokażę ci prawdziwą ohydę.

To, co wtedy zobaczyłem było okropne, odrażające. Po prostu brak mi słów by to opisać. Wyobraźcie sobie wasz najgorszy strach i pomnóżcie go 1000 razy, choć to i tak będzie za mało. Krzyczałem ze strachu, płacząc niczym mała dziewczynka. Cóż za ironia.

Nagle ogarnęła mnie wszechobecna ciemność. Później było już tylko dziwniej. Kiedy otworzyłem oczy, zalała mnie fala bieli. Otaczał mnie jeden wielki bezkres ostro rażącego koloru. Nie było granicy pomiędzy ziemią, a niebem. Nic z wyjątkiem bieli.

Nie wiadomo skąd podeszła do mnie dziewczynka. Była ubrana w szarą szatę. Patrzyła na mnie wzrokiem przepełnionym żalem.

- Kiedyś była biała - bezradnie wskazała na swoją sukienkę.

- Gdzie jesteśmy?

Dziewczynka rozejrzała się wokół.

- W piekle.

Pokręciłem przecząco głową.

- A gdzie płomienie i... i...

- Piekło dla każdego wygląda inaczej - przerwała mi. - Dla jednych to ogień, innych ból, albo pustka - westchnęła z dziwną melancholią. - Ale nie musi być tak. Jeszcze wszystko można naprawić.

Kiedy słuchałem jej słów, czułem dziwny niepokój. To było okropne. Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem.

- Jak? Co powinienem zrobić? - ukląkłem, łapiąc małą za ramiona.

Dziewczynka odsunęła się ode mnie.

- Nie wiem! To tym musisz wiedzieć! Nie ja! - wykrzyknęła. - To szansa dla ciebie. To szansa dla nas. Dano nam szansę! Nie zmarnuj tego - rzuciła mi się w ramiona, mocno łapiąc mnie za szyję. - Dbaj o mnie, dobrze? - wyszeptała.

W odpowiedzi pokiwałem głową.

- Obiecujesz?

- Tak, obiecuję.

- Przyrzeknij!

- Tak, przyrzekam.

Dziewczynka przytuliła się jeszcze mocniej.

- Ocal nas. Ufam ci - szepnęła.

Zamknąłem oczy, przytulając ją.

Nagle usłyszałem szum zamieszania i kilku głosów nawzajem zagłuszających się.

"Słyszysz mnie?"

"Obudź się!"

"Doktorze, tracimy go!"

"Walcz gościu!"

"No dalej"

"Doktorze..."

Wtedy otworzyłem oczy. Stało nade mną chyba czworo ludzi nerwowo miotających się. To chyba byli lekarze? Tak! To byli oni. Z powrotem byłem w szpitalu.

- Doktorze udało się! - krzyknęła jakaś kobieta. - Będzie żył.

Dziś człowiek tak często nie wie, co nosi w sobie, w głębi swej duszy, swego serca. Jak często jest niepewny sensu swego życia na tej ziemi. Ogarnia go zwątpienie, które przeradza się w rozpacz.

Jan Paweł II

NASI PARTNERZY

Image
Image
tabliczka1a.jpg
Image
Image